Ohh. To cudowne amerykańskie (a może angielskie?) halloween.
A ja mam ochotę zabić wrzeszczące za oknem dzieci.
Gdy zapukały do moich drzwi, spojrzałam przez zabrudzony i zaplamiony wizjer. Grupa popaprańców, który zamierzają na mnie nawrzeszczeć tuż po tym jak tylko klamka drgnie a w drzwiach ukaże się moja postać. W teorii powinnam się tego przestraszyć (lub chociaż udawać), łagodnie uśmiechnąć, zrobić kilka kroków wgłąb mojego bezpiecznego kąta i znów wyłonić się z garścią cukierków lub innym prezentem. Tymczasem opieram głowę o drzwi walcząc ze sobą. Otworzyć i jako pierwsza na nich nawrzeszczeć, że nie mają prawa zakłócać mojego spokoju, że mają iść i nigdy nie wracać, bo inaczej dostaną po łbie.
Znów walą w drzwi. Moje pięści się zaciskają, w wyobraźni już dotykają głowy jednej z dziewcząt ubranych w kusą czarną obcisłą spódniczkę, futerko i diabelskie rogi, xz taką ilością makijażu jakiej ja nie miałam łącznie w całym swoim życiu, w wyobraźni z moich ust wypływa potok słów ubliżających tej małej kurwie.
Wciąż czekam. Zaciskam powieki.
Do moich uszu dobiega jęk zawodu, stukot butów o podłoże klatki schodowej. Idą sobie. Zostawiają mnie w spokoju. Przekluczam drzwi i poirytowana wracam do swojego katą. Siadam na fotelu i modlę się, by dziś już nikt nie zapukał w te drzwi. Nie chcę nadwyrężać gardła na krzyczenia po bachorach.
Biorę łyk kawy i mam taką straszną ochotę dodać do tego papierosa. Nie mogę.
Skąd u mnie takie podejście?
;)
OdpowiedzUsuńmyślę, że wiesz....tylko nie chcesz sobie powiedzieć...
m.o.l