31 października 2011

[3] Teeth ground sharp and eyes glowing red

Ohh. To cudowne amerykańskie (a może angielskie?) halloween.
A ja mam ochotę zabić wrzeszczące za oknem dzieci.
Gdy zapukały do moich drzwi, spojrzałam przez zabrudzony i zaplamiony wizjer. Grupa popaprańców, który zamierzają na mnie nawrzeszczeć tuż po tym jak tylko klamka drgnie a w drzwiach ukaże się moja postać. W teorii powinnam się tego przestraszyć (lub chociaż udawać), łagodnie uśmiechnąć, zrobić kilka kroków wgłąb mojego bezpiecznego kąta i znów wyłonić się z garścią cukierków lub innym prezentem. Tymczasem opieram głowę o drzwi walcząc ze sobą. Otworzyć i jako pierwsza na nich nawrzeszczeć, że nie mają prawa zakłócać mojego spokoju, że mają iść i nigdy nie wracać, bo inaczej dostaną po łbie.
Znów walą w drzwi. Moje pięści się zaciskają, w wyobraźni już dotykają głowy jednej z dziewcząt ubranych w kusą czarną obcisłą spódniczkę, futerko i diabelskie rogi, xz taką ilością makijażu jakiej ja nie miałam łącznie w całym swoim życiu, w wyobraźni z moich ust wypływa potok słów ubliżających tej małej kurwie.
Wciąż czekam. Zaciskam powieki.
Do moich uszu dobiega jęk zawodu, stukot butów o podłoże klatki schodowej. Idą sobie. Zostawiają mnie w spokoju. Przekluczam drzwi i poirytowana wracam do swojego katą. Siadam na fotelu i modlę się, by dziś już nikt nie zapukał w te drzwi. Nie chcę nadwyrężać gardła na krzyczenia po bachorach.
Biorę łyk kawy i mam taką straszną ochotę dodać do tego papierosa. Nie mogę.

Skąd u mnie takie podejście?

30 października 2011

[2] I wanna tell you something

"Nic nie stoi na przeszkodzie kochać, marzyć, śnić na co dzień"
No właśnie, teoretycznie nic. Praktyka jednak bywa tak odmienna od teorii, tak bardzo zawiła i niezrozumiała, tak zaskakująca. Przeszkód jest wiele, są bardzo różne, jak pojedyncze skrawki przypadkowych materiałów, jak liście w lesie, jak słowa i litery. Są większe i mniejsze, potężne, siejące postrach i te malutkie, które w skupisku robią najwięcej szkody.
Moją osobistą przeszkodą, moją życiową porażką, moim największym problemem, źródłem wszystkiego innego, wszystkiego negatywnego, całego problemu w każdej dziedzinie życia jestem ja sama.
Gdybym była inna, wszystko byłoby inne. Może lepsze? Weselsze?
Nie mam sił na gdybanie, właściwie na co ja ostatnio mam siły i chęci?

Nie znam recepty na zmiany.

17 października 2011

[1] Sullen load is full

Wieczorową porą daje się we znaki przeszywający ból w kościach
To melancholia rozchodzi się od szpiku po całej powierzchni
Po każdej kostce, każdym kręgu po kolei
Wlewa się do rdzenia, wędrując nim w górę, aż do mózgu
Ogarnia cały umysł, wypełniając każdy jego skrawek, każdą wolną przestrzeń, każdy, nawet najbardziej ukryty zakamarek
Idąc połączeniami nerwowymi w dół, przez kończyny, narządy w końcu ogarnia cały organizm.
Teraz, gdy już jest wszędzie, przepełnia wszystko i nie ma dla niej barier może sterować nami jak marionetką.
Teraz może wypełniać całe nasze życie, ukazując swą łaskawość, lub nieprzychylność.
Może ofiarować nam to co ma najlepsze, może dać nam możliwość duchowego rozwoju
Lub doszczętnie nas zniszczyć, rujnując samopoczucie, kontakty z innymi.
Aż w końcu trawiąc nas samych, od środka, powoli, destruktywnie. Delektując się naszym cierpieniem, tym, że rozsypujemy się od środka na drobne kawałeczki. Każe nam spoglądać na samozagładę, sprawia, że każde oderwanie cząstki czujemy dwa razy mocniej, dwa razy częściej.

Więc dlaczego tak ją uwielbiam?